Rypi Wierch (1003) – Styrb (1014) – Czerteź (920) – Czerenin (929)

Moja trasa: Roztoki Górne (682) – Rypi Wierch (1003) – Sinkowa (995) – Stryb (1014) – Beskyd (925) – Czerteź/Mohylka (920) – Czerenin (929) – Maksymowa – Balnica
GOT:17
Tysięczniki Bieszczadów: Rypi Wierch (1003) Stryb (1014)
Korona Bieszczadów: n/d
Dystans: 14.3 km
Szacowany czas: 4:26 h
link do trasy: https://mapa-turystyczna.pl/route/312nz

Ta trasa to przepis na leniwe rozpoczęcie wędrówki po górach… Autkiem do Ruske Sedło – czyli, na wysokość 801 m n.p.m. I to się nazywa wysokość startowa! Dzień wcześniej, podjechałam tutaj wracając z Chryszczatej i Jeziorek Duszatyńskich, z myślą.. by sprawdzić jak wygląda kwestia parkowania i kusiło przez chwilkę „a jak by przejść się tą trasą, chociaż do pierwszego tysięcznika? ” ale ostatecznie zwyciężyła inna pokusa… i wróciłam do Ustrzyk Górnych. Tym bardziej, że było by to takie polizanie lizaka przez papierek… i wracać za chwilkę, tą samą trasą.. oj nie… trasa poczeka kilka godzin. A ja w tym czasie…hymmm 😉

Ze względu na mała miejsc, gdzie można zaparkować autko (2-4 w zależności od umiejętności parkowania kierujących), i tego, że były straszne upały…rozpoczełam dzień wcześnie na szlaku. To jest fajne, gdy widzi się jak powoli coraz bardziej rozbudza dzień… Najpierw na polu namiotowym, wstające słonko, a potem już w górach, coraz bardziej jaśniejący dzień.


Szlak zaczyna się leniwie, bo i tak jestem już wysoko, i od razu sukces, kilka minut i jest już pierwszy tysięcznik. Fajnie się szło tym szlakiem. Z wysokością szczytu jest trochę zamieszania: ) Wg. Słowaków jest niższy o 2 metry. Można by powtórzyć pomiar albo ustalić kompromis.

Ten szlak jest bardzo przyjemny i nie wymagający. W sam raz na leniwy spacer w skwarny dzień. Najczęściej idzie się lasem, ale co jakiś czas następuje odsłona widoków. Mi najbardziej się podobały te widoczki, które były otoczone częściowo ramką gałęzi i liści. Od czasu do czasu można spotkać finezyjnie powykręcane drzewa.. sa też moje spowalniacze – czyli, jagody. Ale jak to nie zatrzymać się na kilka sekund, które przeradzają się czasami w kilka minut. bardzo długich minut.

Na szlaku można spotkać też pozostałości wojny. Ktoś mi na innym szlaku, opowiadał o tym, jak udał się za potrzebą, i znalazł niewybuch. Leżał sobie na wierzchu. Przekazał namiary Straży Granicznej, ale czy podjęli działania tego nie wie… a może to tylko taka opowieść dla blondynki w podróży;-)

Największą niespodzianką dla mnie na szlaku, na zboczu góry Czerenin trójstyk. Mam do nich słabość, w ubiegłym roku zaczęłam je kolekcjonować. Przy czym, w mojej kolekcji są tylko współczesne trójstyki. A tu dostałam historyczny. Fajna sprawa. brawo dla lokalnych miłośników historii.

Na obelisku została zamieszczona informacja:

W dniach 14-15 marca 1939 roku wojska węgierskie zajęły Zakarpacie i Przełęcz Użocka stała się punktem styku trzech granic: polskiej, słowackiej i węgierskiej.
23 marca 1939 roku wojska węgierskie wkroczyły na ternie dopiero co powstałej Słowacji i zajęły 15 gmin sąsiadujących z Zakarpaciem.
W wyniku porozumienia zawartego 3 kwietnia 1939 roku punkt przebiegu trzech granic został przeniesiony na północny stok Czerenina (933 mnp), a ściślej – 900 m na północ od jego kulminacji, gdzie przez grzbiet wododziałowy Karpat przechodziła droga z Solnik.W okresie okupacji postawiono obelisk z piaskowca o kształcie ściętego ostrosłupa o trójkątnej podstawie osadzonego na symetrycznym cokole. Część naziemna miała 1,7 m wysokości, a pod ziemią sięgał około 1 m w głąb. Na trzech ściankach górnej części wyryte były litery: S – (Slovensko), M – (Magyarrorszag), D – (Deutschland – była to w tym czasie granica Generalnego Gubernatorstwa).
Przez kilkadziesiąt lat do 11 listopada 2016 r słup z widniejącymi śladami pocisków, pęknięty na trzy części leżał w zaroślach kiedy to grupa miłośników miejscowej historii postawiła obelisk w obecnie miejsce. Niestety trzeciej części z oznaczeniami literowymi nie udało się odnaleźć.

Ostatni odcinek szlaku – robi się coraz ciekawszy. Jest trochę wzniesień, jest trochę wąwozów ze strumieniami, gdzie trzeba najpierw zejść z górki na pazurki, a potem się wspiąć na górę. Cieszyło mnie to, że nie ma udogodnień dla turystów. Jedyny mostek jaki był, swoje czasy świetności miał dawno za sobą i dla bezpieczeństwa lepiej go ominąć. Ten kawałek trasy był najbardziej urozmaicony i wymagający. Koniec chodzenia po płaskim – chociaż wysoko;)

Niestety, jakieś 15 minut od Balnicy – patoturyści zostawili sporo śmieci po przekąskach. Zaskakujące to, że chciało im się to tak daleko nieść.

Co jakiś czas, było słychać przejeżdżający pociąg, który był zapowiedzią że kończy się już szlak… zaraz będzie cywilizacja. I w tym już ucywilizowanym miejscu, znalazłam informacje ze tu mieszkają brązowe misie.. no tak, tylko, że ja kończyłam szlak, w tym miejscu – a inni mogli go zacząć. Zabawne było to nagromadzenie znaków z informacją, gdzie jestem.

W Balnicy wzdłuż torów – w drewnianych budkach czekali na turystów rozleniwieni sprzedawcy różnych rzeczy. Nie byłam dla nich docelowym klientem. ot, wiadomo, człowiek z plecakiem to nie jest turysta z pociągu, który chociażby z nudów coś kupi. Na mój widok nie przerwali swoich ploteczek „kto-co-kiedy” wiec, udałam się w kierunku uroczego sklepiku. Tam mile mnie przyjęto, nic tylko kupić lody i widokówki oraz je wysłać. 😉 mam nadzieję, ze dotarły do adresatów..

A potem już trzeba było się udać na Żubracze. pieszo, wzdłuż torów, albo raczej po torach – nadsłuchując czy nie nadjeżdża pociąg. Po kilku minutach nadjechał, a ja uciekłam w krzaki. Ludzie do mnie machali, jak bym była nie lada atrakcją, odmachałam im;-) oni też byli moją atrakcją;-) Jeden z maszynistów, krzyknął do mnie że za kilka minut będzie kolejny pociąg, i powiedział ze oni wkrótce też będą wracać. Cieszyłam się, że przekazał mi takie informacje, a nie że wolno chodzić po torach. I zgodnie z obietnicą za chwilke przejechał kolejny pociag, ale tym razem postanowiłam nagrać filmik z pociągiem – naśladując trochę słynnych braci Lumière.

W pewnym momencie tory bardzo zakręcały – i to był dla mnie znak, że czas je odpuścić. i powędrować dalej szutrówką. Zapowiadało się mało fajnie, bo z nieba lał się skwar i po kilka minutach nadjechał uprzejmy pracownik Lasów Państwowych i podrzucił do początku kolejnego szlaku – bo na mnie czekały kolejne 4 tysiączniki: Berdo (1041) – Zwornik (1072) – Hyrlata (1103) – Rosocha (1084) .. wiec ciąg dalszy nastąpi;-)