RADOŚĆ PODRÓŻOWANIA

Wioletta w podróży
Beskid WyspowyGóryPodróże

Mały Szlak Beskidzki (MSB) – Dzień 2: Kasina Wielka -Myślenice

Dzień drugi wędrowania – niedziela, 30.04.2023

Link do trasy; https://mapa-turystyczna.pl/route/373ie

GOT: 39
Dystans: 30 km
Planowany czas przejścia: około 9:44 godzin
Nocleg: Dom na Zarabiu, Myślenice


Dzień rozpoczynam w Kasine Wielkiej. Wiem, już ze nie ma opcji bym przeszła jeszcze raz po tej okropnej drodze asfaltowej. Moje stopy mówią stanowczo nie! I to jeszcze jak!


W związku z tym że Śnieżnica jest na wyciągniecie ręki, wiec nie odmawiam sobie tego by na nią wejść.

Pogoda taka sobie, mokro. Ale za to las jest pięknie, magicznie zamglony. Trochę siąpi, wiec od samego początku idę w pelerynie. Po drodze mijam już pierwsze osoby schodzące, a przecież dopiero co minęła 8. Podziwiam. Gdyby nie świadomość, ze mam kawał trasy przed sobą, bym chętnie jeszcze trochę pospała. Czuje że trochę za mało było tego snu.


Ze Śnieżnicy – zamiast schodzić czarnym szlakiem – eksperymentuje z zejściem na azymut wzdłuż stoku narciarskiego. Unikam ścieżki rowerowej bo obawiam się spotkania z rozpędzonym rowerem – chociaż pogoda mało rowerowa, ale kto tam wie.

Salamadrowe tory. Czy jeżdżą nimi dy pociągi?

I już po chwili, idę sobie przez las. Nie jest zarośnięty, wiec idzie się fajnie. I tu nie wiem jak to zrobiłam ale zamiast skręcić w prawo, skręciłam w lewo i powędrowałam sobie przed siebie po torach.. Tory mocno po przejsciach, i trochę zardzewiałe, wiec mam nadzieję ze nic po nich nie jedzie.

Po chwili zobaczyłam salamandrę, potem kolejną wiec wędrowałam sobie tak od salamandry do salamandry, Po 7 mej przestałam im robić zdjęcia. I zaczął mi powszednieć ich widok. Gdy przechodziłam obok jakiegoś domku przy torach, kątem okna zauważyłam ruch. A to sarna…. Której mogłam tylko podziewać długi i smukłe nogi. I wtedy się się zorientowałam, ze coś za długo idę.

Stanowczo, bo doszłam do czerwonego szlaku, ale nie tego co trzeba;-) i trzeba było znowu powędrować po torach – salamandrową ścieżką. Ahoj, przygodo. Za nie zwracanie uwagi na oznaczenie i za zachwyt nad salamandrami trzeba zapłacić. Dodatkowe 4 km w nogach od rana + Śnieżnica. A co.. no przecież mogę.



Gdy w końcu trafiam na swój czerwony szlak, – znów mnie wita asfalt. I chyba moja podświadomość (nie lubiąca asfaltu) zakazała mi tu skręcić, bo szlak jest ładnie oznaczony.

Psu na pożarcie

Przechodzę przez małą osadę, przed jednym z domów jest mężczyzna z dziećmi i kundelkiem. Proszę by go przytrzymał, bo się boje psów. Pan grzecznie trzyma psa, który zamienił się w walecznego i groźnego lwa. Idę dalej, gdy jestem jakieś 500 metrów od nich, zaczynam słyszeć jak mężczyzna woła psa, pies niczym chart na wyścigach biegnie w moim kierunku, nie zwracając na właściciela, i gdy zostało mu tylko 100 metrów, skręca w lewo.. i biegnie dalej.. UFFFF.. tym razem się udało. Stres ze mnie schodzi, zaczynam się śmiać z tej sytuacji. Ten pędzący pies, a za nim jego właściciel….


Gdy odwracam się, i patrzę na szlak przede mną, widzę innego psa. Siedzi i patrzy się na mnie. Przez chwilkę kalkuluje jak go obejść ale z duszą na ramieniu idę szlakiem. Nie mam siły walczyć z przeznaczeniem. On siedzi i patrzy się na mnie. Wie, że przyjdę, nie ma co biec do mnie. Trzeba poczekać. Idę jak na pożarcie. I tu niespodzianka. Pies siedzi i jest na łańcuchu. Łańcuch mu się tak kończy, że mogę przejść obok bezpiecznie. Pies nie reaguje. Jak by mnie nie było. Dobrze. Dość tych stresów, przecież w góry jadę po relaks.

To w sumie przed ostatnia psia przygoda na MSB, przede mną tylko pies ludożerca. Ale pies-ludożerca upodobał sobie kolegę z MSB;-) mnie oszczędził, inaczej bym tego nie pisała. Ale nie uprzedzajmy faktów. I na psa-ludożercę przyjdzie czas.

Wędruje na Dzielec, a potem na Szklarnię. Trasa przyjemna, pozwala mi na odreagowanie na psie sytuacje. Trasa przecinka drogę, i gdy schodzę widzę znak zakończenia się Kasiny Wielkiej. Myślę sobie że to jakieś fatum mnie prześladuje. Trochę tak jak bym nie mogła się wydostać z Kasiny Wielkiej.
Po zejściu ze Szklarni – przy drodze wysypisko śmieci, Ktoś ewidentnie przywiózł śmieci i wysypał. Wstyd!! Potem przejście przez drogę, i znowu w góry. Już wiem, że w Beskidzie Wyspowym, górskie wyspy są rozdzielane asfaltem.

Nazwy mijanych szczytów kojarzą mi się z Górami Świętokrzyskimi, tam też są takie wymyślne nazwy:)

Trasa prosta, rozleniwiająca prowadząca do Ciastonie – fajna nazwa, prawda? na mapie wyświetla mi się informacja, ze za chwilkę Bacówka. Marzą mi się pierogi.

Bacówka na Wierzbanowskiej Górze

Z daleka widzę że nie unosi się dym. Już wiem, z pierogów nici. Bacówka na Wierzbanowskiej Górze – to taka lepsiejsza chatka w górach. Miejsce zadbane. Fajne że są takie miejsca. Ale mi nie pozostaje nic innego niż wyciągnąć zapasy z plecaka i je skonsumować. Ogniska nie rozpalam, nie mam czasu na dłuższa posiadówkę (nawet drogowskaz przy bacówce informuje mnie że przede mną jeszcze 6 godzin wędrówki), chociaż słoneczko zachęca do przerwy. Jeśli się nie spieszycie – to warto spędzić tu trochę więcej czasu. Bardzo przyjemne miejsce.

Potem mam fajną trasę z przeszkodami. Ja tam lubię takie atrakcje. Zwłaszcza w dzień:) Po drodze spotykam pierwszych ludzi na szlaku tego dnia. Para z małymi dziećmi. Mam nadzieję że dla dzieciaków jest to taka sama atrakcja jak dla mnie:)

Lubomir

Już 4 kilometry wcześniej wiem, że przede mną szczyt należący do Korony Gór Polskich. Po czym to poznaje? Po ilości aut, hałasu i niestety śmieci. Poza tym jednym incydentem pod Szkarnią, nie spotkałam się ze śmieciami na szlaku. A tu już tak. Szkoda że tak jest. Jedno auto ugrzezło w błocie, wiec ludzie są zaangażowani by je wyciągnąć.

Na trasie asfaltowej prowadzącej na Lubomir – natykam się na tabliczkę wypisaną ręcznie: DROGA PRYWATNA. Dziwne, ale ja mam tu swój czerwony szlak. Bardzo dziwne. Nie wiem czy mogę iść, czy nie.. ale idę, no po co pocznę. Po jakimś czasie, kolejna tabliczka DROGA PRYWATNA, nadal idę. Ale trochę czuje się jak oglądając horror, gdy muzyka wprowadza w stan zagrożenia. Prawie oczekuję, że za jakieś chałupy czy drzewa wyskoczy chłop w gumiakach z widłami w ręku. Nic to, idę dalej. Ahoj, przygodo!



Dochodzę do studni, na której widnieje kolejna tabliczka, z informacją ze te tabliczki to złośliwość sąsiadów. Urocze. Jak Kargul i Pawlak. A może to chwyt marketingowy by przyciągnać uwagę klientów? na pewno część osób które by dojechały prawie na szczyt Lubomira zostawia auto na dole. A mieszkańcy osady mogą sobie spokojnie żyć, obserwując pasjonatów pieczątek.

Na końcu drogi – gościniec, restauracja. Zamiast iść drogą, skręcam w „krzaki” jest wydeptana ścieżka, co prawda droga łagodna, a ścieżka jest ostro pod górke, ale wolę trochę wspinaczki, w końcu w górach jestem 🙂

Przez chwilkę, kusi by zatrzymać się, uzupełnić poziom płynów w żyłach. Ale gdy już podejmuje decyzje na tak – podjeżdża auto z którego wydobywa się „uba-uba” , a ja w górach cenie ciszę i spokój. Idę dalej.

Na sam szczyt prowadzi szeroka droga, po drodze znajduje się świeżo wybudowana wiatka, ale tylko z dachem. Bez ścian osłaniających śpiących tam wędrowców. Po drodze mija się tablice informacyjne. Uświadamiających wędrowców, odnośnie odkryć i obserwatorium które znajduje się na szczycie. Fajne są te tablice. Żałuję ze nie mam czasu by zajrzeć do obserwatorium. Ale to jest jakiś pomysł na przyszłość. W końcu będę tu wracać by skoczyć swoje korony pasm górskich;-) tylko muszę pamiętać, ze na Lubomir muszę przeznaczyć więcej czasu.

Na Lubomirze więcej ludzi niż spotkałam przez całe dwa dni wędrówki. Są dwa oznaczenia, miłośnicy KGP dyskutują z którym oznaczeniem mają mieć zdjęcie by sie liczyło. Sama kolekcjonuje pieczątki, wiec korzystam ze skrzyneczki, ale czy to ważne gdzie zrobię selfi na potrzebę weryfikacji? 😉 nie dajmy się zwariować. Fajną przygodę z pieczątkami i „selfi” zaliczyłam na szczycie CZUPEL w Beskidzie Małym. 😉 trzeba było na niego wejść dwa razy, by go zdobyć właściwie;)

Swoja drogą Lubomir według twórców Korony Gór Polskich (ha! świat jest mały, okazało się że dawno temu, pracowałam z jednym z założycieli tego przedsięwzięcia w jednej telekomunikacyjnej korpo) – szczyt należy do Beskidu Makowieckiego, Ale takich kwiatków w KGP jest trochę;-) nie mniej jednak wyciąga KGP ludzi w górach i zaliczają szczyty;-)

Ciekawe jest pochodzenie nazwy tego szczytu. Lubmir – bo książe Kazimierz Lubomirski w 1922 ofiarował ziemię i domek myśliwski by powstało tu obserwatorium astronomiczne. Byłeś tu?

Schronisko PTTK na Kudłaczach

Do schroniska prowdzi nieco błotnista droga. Ale nie taka, że po kostki w błocie. Sporo ludzi nią wędruje. Czuje się jak na Marszałkowskiej. Po drodze mijam trzy dziewczyny. Mają w rękach worki na śmieci, a na dłoniach rękawiczki. Zbierają śmieci. Są zaskoczone że aż tyle ich już mają a do schroniska jeszcze kawałek. Mijam jakiś chłopaków – w rękach napoje %%, zero plecaków, i już wiem gdzie za chwilkę wylądują puszki. Eh! syzyfowa praca.

Do schroniska prowadzi błotnista droga. Już wiem, czemu ludzie których mijałam na parkingu kierując się na Lubomir, tak czyścili buty i potem wyrzucali te brudne chusteczki… Błotko… Moje butki już dawno zapomniały o tym jakie były piękne, gdy je kupowałam. Oj, nie mają ze mną lekko;-)

W schronisku sporo ludzi. Kolejka przed barem. W okienku zmęczony zarządzający – jak sądzę. Ludzie spontanicznie chcą się z nim dzielić swoimi doświadczeniami, a on tylko zmęczonym głosem „następny, następny’… w końcu ile dziennie można tych historii słuchać o tym ze ktoś gdzieś jadł podobne danie?

Przed schroniskiem długo stoję, i czekam na ułamek sekundy gdy będę mogła zrobić zdjęcie, tak jak by nikogo prawie nie było;-) w końcu się udało, a przecież jeszcze nie dawno, kolejka była aż na tarasie:)

W schronisku można zjeść, można się napić, z czego korzystam:) mam ochotę na placki, w zapomnienie poszły pierogi. Ale na placki ziemniaczane trzeba czekać godzinę. Nie mam tyle;-) wole poza tym poleniuchować gdzieś w cichszym miejscu. Od reki jest zupa-krem z czosnku niedźwiedziego. Wybieram zupkę. Pyszna. Myślałam ze będzie bardziej zielona.. ale jest czosnkowa, aromatyczna. Pierwszy raz jem potrawę z czosnku niedźwiedziego. Polecam.

Przychodzi mi go głowy ze muszę zadzwonić do miejsca noclegu.. co też robię, Mogę się nie spieszyć. To dobra wiadomość.

Wędruje sie fajnym szlakiem. Gdzieś nagle znikają ludzie, skręcają na ścieżki prowadzące do parkingu, wiec trasę do Myślenic mam znowu do swojej dyspozycji. No dobra, od czasu do czasu mijam kogoś kto idzie w drugą stronę. Po plecakach rozpoznajemy sie i potakujemy. Tak idziemy MSB, chwilka rozmowy o sytuacji w schronisku.. i potem każdy rusza w swoją drogą. A.. i jeszcze spojrzenie na buty:) koniecznie.. ale nie po to by obejrzeć logo:p tylko sprawdzić stan ubłocenia. To dużo mówi o drodze która mnie i ich czeka.

Co jakiś czas pojawiają się widoki. Fajnie ze nie muszę aż tak bardzo się spieszyć. Rozbawił mnie pan na jakimś motorku. Jechał, jechał i nagle stanął wjechał w trawę i zastygł patrząc na widoki. Jest super.

Czas kończyć na dzisiaj…

Ostatni kawałek – to nadal troche błota.. i ostatnie oznaczone szczyty na trasie. Pod Działkiem – urocza ławeczka, samoróbka.

Widoki piękne, okolica spokojna, żadnego wysiłku, po prostu idzie się prawie po płaskim…

Po drodze mija się wiele „uświęconych miejsc”

Do końca szlaku jeszcze kawałek, ale dobrze mi sie szło. I zawsze w takich sytuacjach łapie mnie mnie taki żal że to już koniec, a przecież następnego dnia znowu w góry…Ale też następuje pewne zdradliwe rozluźnienie. Dyscyplina sie rozluźnia, i zaczyna się „o jaki ładny widok, to ja sobie posiedzę”;-) i tak było tutaj, tym bardziej, ze trafiło się miejsce z ładnym widokiem na Myślenice.


Mijając mnie panowie którzy też robią MSB. Przestrzegają ze za Myślenicami mnie czeka błoto… hym.. mysle, no dobra… może i czeka..ale czy gorsze niż dzisiaj? Bo dzisiaj moje buty ważą tonę, tylko dlatego ze są ubłocone.. Gdy następnego dnia przechodziłam szlak na którym miało być to okropne błoto, okazało się ze nie ma go aż tyle co na szlaku, który właśnie szlam. Ale może poranne słońce osuszyło ziemię.. Bardzo to było fajne, ze praktycznie wszyscy którzy robili MSB, spontanicznie ze sobą dzielili się informacjami. Ze mimo że pędzili,to i tak znaleźli minutę czy dwie na to by pogadać. I o to chodzi;)

Końcówka szlaku – ma swoje niespodzianki. Gdy schodzę na szerszą leśną drogę, i zastanawiam się czy mam iść w lewo czy w prawo, nadbiega biegacz;-) wiec go pytam..wskazuje mi trasę, ale przechodzę 10 metrów i uznaje ze coś mi nie pasuje, Wyjmuje telefon, I oczywiście. Biegający kolega skierował mnie na Chełm, a nie do Myślenic. Proszę nie róbcie takich rzeczy! Zresztą następnego dnia w Myślenicach miałam podobna sytuacje, gdy szukałam sklepu spożywczego… brrr…

Niespodziewanie zapadł zmrok. Końcówka szlaku – to zejście przy czołówce. I to jakie zejście. Strome. Ciekawe, Polecam:) zwłaszcza nocą;-) bo nie ma czego sie bać:p skoro nie widać:) a tak serio to popatrz na mapkę. Mi to zejście na koniec sprawiło frajdę:) Miły koniec szlaku. Ale nie chciałabym schodzić tym szlakiem gdy jest na nim lód lub jakaś breja śnieżno-błotna. Nie mniej jednak – to bardzo miły koniec wędrówki szlakiem. Hymm.. w sumie od podobnego zejścia zaczełam rano, gdy skracałam sobie drogę przez zjazd narciarski las:)

Nocleg

Najpierw była rezerwacja. Adres obiektu dostałam/znalazłam na grupie FB MSB – Dziękuję wszystkim zaangażowanym. Potem przeczytałam gdzieś bardzo nie pochlebne recenzje (ze zaniedbany, ze PRL czuć). Ale co mi tam, ważne by karaluchy były mniejsze niż myszy, oraz był prysznic.. a najważniejsze by było gdzieś blisko szlaku (no popatrz, jaka mądra, a w Kasine Wielkiej tego nie sprawdziła).
Dzwonie. Odbiera jakaś pani – sądząc po głosie, jakaś starsza, i mówi, zadzwoń o 20-tej bo nie mam kalendarza, a koleżanka wieczorem będzie to sprawdzi, a Ty tak sama?


Dzwonie o 20-tej. Odbiera jakaś pani – znów sądząc po głosie, jakaś starsza. Taka ciocia z PTTK. I mówi ze cieszy się ze dzwonie, bo czekała na mój telefon. Rany! to lepiej niż telefon do cioci 😉 Pani rezerwuje dla mnie miejsce. Nie chce przedpłaty.
Mijają miesiące (ale nie lata), docieram do Schroniska na Kudłaczach, zjadam krem z czosnku niedźwiedziego i tak sobie myślę, że znowu dotrę późno, ale tak dobrze jest mi siedzieć w słonku, popijać chmielny napój po tym obiadku… wcale mi się nie spieszy, poza tym to przecież tylko kawałek 😉
Wiec, dzwonie do „cioci z PTTK” by zapytać, czy nie będzie problemem jeśli przyjdę później niż o 18tej, czy 19tej, i słyszę „ależ nie, ty tam sobie zwiedzaj spokojnie co chcesz, my poczekamy. Na noc to bramę zamykam, ale furtka będzie otwarta. Zwykle o 21-szej idę spać, ale ty sobie idź spokojnie”. Obiecuje sobie ze dotrę przed 21szą co by cioteczka z PTTK mogła iść spać.


Wiec, po leniuszkowaniu idę. Gdy schodzę, znowu po ciemku! Niepewnie przekraczam bramę, szukam drzwi wejściowych, naciskam klamkę. Otwarte. Wiec, wchodzę. Pusto, dywany sprawiają że czuje się jak bym wkroczyła do kogoś do domu. Wiec, krzyczę, „dobry wieczór!” Po chwili pojawia się starsza dama ubrana w długą powłóczystą koszulę. Tylko świecznika jej w dłoni brakuje… Pytam się czy dobrze trafiłam, pani się cieszy że jestem, bo czekała. Patrzę na dywany, patrzę na swoje buty. Zdejmuje je na przed domem. Nie śmiem nawet progu przekroczyć w nich. Pani cierpliwie czeka – chociaż patrzy na nie bardzo krytycznym okiem. Ale nie komentuje. Potem włożenie ich do umywalki w łazience wydaje się świętokradztwem.



Do obiektu wchodzę trzymając je w dłoni, prowadzi do pokoju. Przechodzimy obok lodówki na której stoi czajnik. Z radości krzyczę „wow, jak fajnie, jest czajnik, będę mogła się napić herbaty!” Na to starsza dama, troskliwym głosem – ale czy Ty masz herbatę ze sobą? MAM!
Pani zaprowadziła mnie do pokoju, i pokazała łazienkę w rogu pokoju i znika jak zjawa po zdmuchnięciu świeczki. Rany! jaka kochana jest ta cioteczka z PTTK. nic tylko przytulić;-)
W pokoju – ja tam PRL nie widzę. Pokój cieplutki, dużo łóżek, ale nie współdzielę z nikim pokoju. W łazience prysznic. I nawet jest TV i pilot do niego. Jedna rzecz była w tym pokoju zdradliwa. Pokój był wyposażony w ogromne kaloryfery – które były zimne;-) chociaż w pokoju było ciepło.

Dla mnie było to zdradliwe.. bo potrzebowałam zrobić pranie. Jak zwykle podczas takiego wyjazdu. Niestety pranie nie wyschło, mimo ciepłoty w pokoju, wiec następnego dnia skarpetki sobie wesoło dyndało przyczepione za gumkami plecaka 😉 i schło w słonku..

Polecam ten nocleg, każdemu kto nie potrzebuje SPA;-) i kogo rozczulają takie cioteczki z PTTK. Pewnie jeszcze inne osoby pracują poza nimi, ale mnie one ujęły swoją serdecznością. Jeśli będziecie tam – uściskajcie je serdecznie.



Przydatne informacje

Schronisko PTTK Kudłacze https://kudlacze.pttk.pl/
Na Zarabiu – Dom PTTK http://www.ozgt.krakow.pttk.pl/dw.html

Zobacz moje przejście Małego Szlaku Beskidzkiego (MSB):