RADOŚĆ PODRÓŻOWANIA

Wioletta w podróży
Beskid ŻywieckiGóry

Beskid Żywiecki: Zwardoń – Kikula (1085) – Wielka Racza (1219) – Schronisko na Przegibku

Dzień pierwszy wędrowania z plecakiem, od schroniska do schroniska, zaczynałam w Żywcu, gdzie zostawiałam auto. I mój pierwszy dzień wędrowania z plecakiem, zaczął się od zapomnienia zabrania raczków z bagażnika auta. Mając na uwadze, jak wyglądała trasa dzień wcześniej, uznałam że muszę wrócić do auta. Wróciłam, pobiegłam potem z ciężkim plecakiem na dworzec PKP, by zobaczyć jak mój pociąg do Zwardonia odjeżdża. Cóż.. za brak organizacji się płaci. Na dworcu okazało się, że kolejny pociag będzie za 2 godziny, więc dzielnie pomaszerowałam na dworzec PKS.. i tu gucio. Połączeń brak. Rozmowy z kierowcami, wskazały tylko na to, żebym nie sugerowała się rozkładami jazdy, które wiszą na przystankach, są już nieaktualne, podjazdy by dotrzeć na miejsce z przesiadkami – odradzane. Poczułam się jak w matrixie. I zatęskniłam za swoim autkiem, które daje tyle wolności i niezależności w poruszaniu. Cóż, wróciłam na dworzec PKP i grzecznie poczekałam na pociąg, czując jak mi godziny spokojnej wędrówki rozmieniając się na drobne. Wielka szkoda, tego czasu. Ale raczki są ważne przy takiej pogodzie.

Pociąg w końcu nadjechał i zabrał mnie do Zwardonia i mogłam zacząć wędrówkę.

Moja trasa: Zwardoń – Schronisko PTTK Dworzec Beskidzki – Schronisko Chata pod Skalanką – Kikula – Schronisko PTTK na Wielkiej Raczy – Schronisko PTTK na Przełęczy Przegibek.

Początkowy szlak, bardzo łagodny w sam raz na rozpoczęcie wędrówki. Nie ma potrzeby większego wysiłku. Dla mnie idealnie, bo od lat nie chodziłam z pełnym plecakiem i chociaż w domu stopniowo wyrzucałam rzeczy „niezbędne” to i tak po załadowaniu jedzeniem i piciem, plecak ważył sporo. I w sumie, na koniec okazało się, że nie było tam ani jednej rzeczy, której bym nie używała, rzeczy zbędnej. Więc, chyba nie straciłam umiejętności pakowania się minimalistycznego:)

Pierwsze schronisko do którego dotarłam, zamknięte – na końcu Zwardonia, albo początku szlaku – jak kto woli. Schronisko PTTK Dworzec Beskidzki czeka na nowego dzierżawcę. Budynek fajny, sporawy o ciekawych oknach. Aż przez chwilę pojawiła się myśl, a może rzucić wszystko i zamieszkać, na początku szlaku? Ale kolejna była taka, że jak będę zarządzać schroniskiem, to nie będę miała czasu wędrować po górach. A potem kolejna, że tu potrzebne są potężne inwestycje by doprowadzić ten budynek do jakiegoś stanu pozwalającego przyjąć gości.. i jakoś nie widzę, się w roli gotującego ogromne gary pomidorówki i przygotowujące dziesiątki jajecznic na śniadanie. Wiec, myśl porzuciłam i powędrowałam dalej.

Kolejne schronisko, całkiem niedaleko Chata pod Skalanką. To sklei malutkie, zupełnie przeciwieństwo. W schronisku pustki. Gospodarz w pierwszym momencie mnie nie zauważył. Chwilkę pogadaliśmy o schronisku Dworzec Beskidzki, że trzeba ogromnego nakładu finansowego i 30 lat by zwróciły się inwestycje i że nie ma ludzi na szlakach. W Chacie pod Skalanką, zarezerwowała nocleg jedna dziewczyna też chodząca solo. I tyle.. cisza i spokój, ale rachunki z czegoś trzeba płacić. Pieczątkę kolekcjonerzy stempelków mogą znaleźć w środku.

Dalszy szlak, spokojny, aczkolwiek stopniowo, stopniowo pnący się do góry. I gdy tak się wspinałam, przebiegła mi myśl, że nawet śladu śniegu, lodu, i po co ja wracałam się po te raczki, mogłam być wcześniej i mieć czas na delektowanie się widokami:)

Po drodze, mijam drzewo, któremu dał się we znaki jakiś dzięcioł dewastator albo taki któremu przeszkadzają wędrowcy szukający oznaczeń na trasie.

Jakoś szybko dodarłam do kolejnego i ostatniego przed noclegiem schroniska. To schronisko już znałam, z ubiegłej rocznego pobytu w Beskidach. Wtedy moim celem był trójstyk, a Beskid Śląski (Skrzyczne) i Beskid Żywiecki (Wielką Rycerzową) odwiedziłam tak przy okazji. W ubiegłym roku trasę która teraz szłam, częściowo pokonałam ale w drugą stronę.
Schronisko, które w ubiegłym roku tętniło życiem, nie było wolnego miejsca przy stolikach w środku, a i na zewnątrz było tłoczono, w tym roku puste. Obsługa starała się zignorować moją obecność. Gdy gospodarz (?) przyszedł, i przyjął moje zamówienie na zupę, usłyszał, że teraz mają przerwę;-) No tak, przede mną pusto, za mną pusto.. wiec, czas na przerwę i odpoczynek od tysięcy wędrowców. Więc, na pomidorówkę musiałam dłużej poczekać. Gospodarz trzy razy się uprawniał, czy tylko zupę. No tak, tylko pomidorówkę poproszę.
Pieczątki kolekcjonerzy stempelków mogą znaleźć w środku.

Tym razem nie wchodziłam na mini wieżę widokową jaka znajduję się przy schronisk. Swoją drogą, to dziwny ten szczyt, bo niewiele z niego widać;-)

Ale już kilka minut dziarskiego kroku, pojawiają się cudowne widoki. W oddali nęcą Tatry. Widoki nieco jesienne, brak wesołej zieloności.

…i już wkrótce pojawił się pierwszy śnieg na szlaku. W pewnym momencie zadzwonił telefon, by nie stracić zasięgu stanęłam. Po jednej stronie szlaku śnieg, a po drogiej „wyliniała” trawa. Wystarczyło odwrócić się o 180 stopni. Stanęłam dokładnie po środku. Fajne uczucie, 180 stopni i inny świat.

Trasa przyjemna, z widokami, a potem na pustym szlaku towarzyszą mi tylko ślady łap. Dziwi mnie tylko to, że nie ma śladów kopytnych. Gdzie się podziały? Zostały wszystkie wybite by zasilić stoły w restauracjach przechodzących rewolucje w tv?

Widoki, przepiękne, chociaż na dobrą sprawę, nie widać, że jestem w górach;-) i do tego pogoda cudna…

Obserwując zachód słońca trochę straciłam kontrolę czasu, a z drugiej strony – trasę przecież znam, chociaż w odwrotnym kierunku. Wydawało mi się, że wiem gdzie jest schronisko, i że przecież został do przejścia „rzut kamieniem”. Tylko, że zrobiło się szybko ciemno. Na szczęście w plecaku miałam czołówkę, więc, przy ostatnich chwilach szarówki wyszukuje ją. Potem w ciągu, kilku chwil zapadają ciemności.

W świetle latarki nie widzę, nigdzie strzałek kierujących do schroniska, ale na szczęście i tak wybieram dobrą drogę. Pamiętałam z poprzedniego pobytu, że w okolicach schroniska było kilka domostw. Ale teraz jakoś jest ich dużo więcej i jeszcze jakieś ogrodzenie nagle wyrosło mi przed stopkami, czy było tam poprzednio? nie pamiętam. Wiec, poszukiwanie schroniska po nocy.

Czy kto widział, jak biegnie krasnalek ?
Czy to widział kto, czy to widział kto?
W naszym lesie szukali krasnalka ze świcą, aż dopadli go,
Azż znaleźli go… Ho, ho! Ho, ho! Ho, ho

Wiem, wiem.. Skaldowie a potem Kasia Groniec, nieco inaczej śpiewała. Ale mi przez cały dzień chodziła ta piosenka po głowie, z wersją z krasnalkiem. Może dlatego, że pamiętałam z poprzedniego pobytu, że Schroniska Przegibek pilnuje krasnalek…

… I w końcu trafiam na krasnala, wiec wiem że jestem w dobrym miejscu. Schronisko otwarto-zamknięte. Otwarte są drzwi, okienko barowe zamknięte, a na nim kartka, że mam dzwonić pod podane numery. No super. Tyle, że ja zasięgu nie miałam.. Więc, wyszłam przed schronisko, i zaczęłam go szukać. W końcu, pojawiła się wytęskniona kreseczka. Udało się dodzwonić, przeszedł pan i wręczył mi klucz od pokoju. W łazience, pod prysznicem – woda lodowata. No i co teraz? dzień dziecka? Odpada… nie dzisiaj. Gdy wróciłam na pięterko, okazało się ze tam jest toaleta, z bardzo gorącą wodą w kranie:) Fantastyczny prezent na koniec dnia 🙂

Grzałką zagotowałam sobie wodę na wieczorną herbatę. Następnego dnia odkryłam, że w części wspólnej w schronisku, jest też udostępniony czajnik. To bardzo miłe.

W schronisku jest też biblioteczka, książki ogólnie „od sasa do lasa”. Zaskoczyło mnie to, że jest kilka książek dla biegaczy. Ale to nie dzisiaj… jutro też, zresztą też nie.. w końcu Oszast na mnie czeka…

Przydatne informacje: