RADOŚĆ PODRÓŻOWANIA

Wioletta w podróży
Beskid ŻywieckiGóry

Beskid Żywiecki: Przełęcz Bory Orawskie – Trzy Kopce (1216)

To był trudny dzień. Pierwszy dzień, gdy zmieniłam swoje plany.

Moja zrealizowana trasa to: Bacówka PTTK Krawców Wierch – Krawców Wierch – Przełęcz Bory Orawskie – Trzy Kopce – Hala Cebulowa – Schronisko PTTK Na Hali Miziowej – Las Suchowarski – Przełęcz Glinne – Beskid Korbielowski – Przełęcz pod Beskidem Krzyżowskim – Schronisko PTTK Chata Baców. 26 GOT

W planach przed zejściem na noc do Chaty Baców były jeszcze takie punkty jak: Las Suchowarski – Przełęcz Glinne – Beskid Korbielowski – Przełęcz pod Beskidem Krzyżowskim. Łącznie by było 34 GOTów. No ale… nie udało się tym razem. Trudno. Będzie trzeba wrócić:-)

…..Ale dzień zaczął się przesympatycznie, chociaż ja polowałam na piękny wschód słońca, a ono jakoś pięknie wstać nie chciało. Co 15 minut podnosiłam głowę, i sprawdzałam czy to już.. ale jakoś wielkich sukcesów nie odniosłam – co widać na zdjęciu. Na niebie jakieś mazaje, ale gdzie ten piękny górski wschód słońca/
W schronisku było doborowe towarzystwo Słowaków, i przemiłego prowadzącego schronisko. Chłopak chociaż dzień (ups.. to była noc) zapowiadał, że rano go nie będzie, bo musi jechać po prowiant…. rano jednak był. Wstał wcześniej, ogarnął zakupy i zanim zniknęłam ze schroniska, już stal za okienkiem barowym gotowy do pracy… Aż smuteczek ogarnia, bo ja byłam samowystarczalna (własny kubek, własna herbatka, własna owsianka we własnej miseczce) i nie potrzebowałam od niego niczego. Mam nadzieję, że Słowacy byli bardziej hojni. Uprawiam tanie podróżowanie, a poza tym, wiedząc ze jak coś zjem, to plecak będzie lżejszy, wcale nie kusi mnie kupowanie śniadania w schronisku. Owsiankę z bakaliami i ziarnami zalewam wrzątkiem i po chwili mam pyszne i zdrowe śniadanie. W tym schronisku miałam do dyspozycji czajnik i kuchenkę gazową w aneksie urządzonym przy łazience;-) był tam jeszcze napis… by wędrowcy nie gotowali posiłków, bo nie każdy lubi zapaszki, które jedzenie wydziela. Gdy przyszłam było pudełko zapałek, a w środku tylko jedna zapałka;-) Ale udało się;-) czyli dzień zaczęłam od sukcesu zagotowania wody:) i potem woda towarzyszyła mi dłuuuuugo….

Po wyjściu ze schroniska, czekały na mnie piękne widoki, zamglone góry. Wyglądało to magicznie. Zdjęcia niestety nie oddają tego piękna.
Na przeciwko schroniska znajduje się krzyż z Chrystusem Frasobliwym. Z daleka tak jak by jakiś człowiek siedział pod krzyżem. Dobrze, że tą drogą nie szłam w nocy…;-)

Potem powędrowałam już szlakiem, bardzo rozciapcianym;-), podmokłym. Po drodze, mijałam szczyty oznaczone przez naszych południowych sąsiadów, bez opisów w języku polskim. Ku mojemu zaskoczeniu przy jednym ze słupków znalazłam skrzyneczkę z pieczątką. Byłam zaskoczona, bo mijałam wyższe szczyty, a skrzyneczek nie było. Ha, ta, wiec, mam swoja pierwszą pieczątkę słowacką:) i do tego w deszczu pieczęć została odciśnięta.

Po między krzakami i drzewami towarzyszyły mi piękne zamglone widoki. Szlak mógłby być nieco lepiej oznaczony, zdarzyło mi się wybrać nie tą ścieżkę co trzeba. ale może to trochę moja wina, bo co chwilkę się czymś zachwycałam i niezbyt byłam uważna jeśli chodzi o wyszukiwanie oznaczeń.

Chwilami szlak nie był zachęcający (patrz zdjęcie), rozjeżdżony, ze śliskim błotem. Ale za to widoki…jak już się pojawiły, to było dla mnie WOW:-) może dlatego że były kontrastem do szlaku:)

Po błotku, przyszła zima:) i szlak zamienił się na śnieżny. Śnieg się co n-ty krok zapadał.. i wpadałam po kolana.. i tak sobie szłam.. i szłam.. i towarzyszyły mi tylko różne tropy. Zero ludzi. Cała trasa do własnej dyspozycji.

Ktoś mi się pytał, czy nie boje się. Sama taka na szlaku, a wokół tylko ślady łap… Dawno temu, miałam ogromną przyjemność nocować u doktora weterynarii na worek Bieszczadzki. Doktor powiedział kiedyś do mnie „skoro lubisz sama chodzić po szlakach, to pamiętaj, zwierzęta nie lubią być zaskakiwane, powinny cię słyszeć. Pamiętaj, też że zwierzęta nie pragną kontaktu z ludźmi i że śmierdzisz,.. wszystkie te twoje pięknie pachnące mydełka, perfumy dla zwierząt śmierdzą, a zwierzęta tego nie lubią”. Wiec, zgodnie z sugestią doktora, jedno więcej psiknięcie perfum rano, przed wyjściem w teren jest dla wilków, niedźwiedzi, etc… 😉 Kiedyś w górach, na szlaku granicznym, po którym mało kto chodzi, spotkałam córeczkę z tatusiem, pięknie śpiewali „stary niedźwiedź mocno śpi” i chyba wszystkie niedźwiedzie uśpili, bo przez kolejne dni ich nie spotkałam. Niektórzy korzystają z gwizdka i w ten sposób dają znać dzikim zwierzętom, że nadchodzą. Jeszcze inni stukają kijkami… różne są strategie;-) a Ty jakie masz?;-)

Doktor też mówił mi, żebym nie uciekała przed zwierzętami, bo słabo biegam (ciekawe skąd to wiedział) i żebym nie wspinała się na drzewo, bo tego nie potrafię i niedźwiedzie lepiej to robią…

Do pełni szczęścia zabrakło mi tylko jednego… przerwy w deszczu:) trochę dzieżko chodzi się w zapadającym śniegu, w deszczu. Ale były też jasne momenty, np. pięknie podpisany aneks wypoczynkowy po środku szlaku. Bardzo mnie to rozbawiło. Jak bym nie wiedziała, trzeba było koniecznie zamieścić stosowny podpis. Skoro to miejsce wypoczynku, to nie ma to tamto;-) trzeba było miejsce wykorzystać. Czas na przerwę. Herbatka wypita z termosu, jabłko zjedzone.. a wiec, znowu lżej w plecaku;-) można dalej tachać moje poroże.

Powiem, tak, trasa mnie wyczerpała. Kilka kilometrów w deszczu i w zapadającym śniegu, przemoczyło znowu moje nieszczęsne buty, Woda co prawda nie przelewała się tak jak podczas pierwszego pobytu, ale stanowczo te buty nie są na taką pogodę. Trzeba poszukać lepszego obuwia na takie wędrówki. W takich sytuacjach myślę sobie, że powinnam pracować jako tester obuwia;) albo chociaż w firmie w której ofercie jest sportowe i trekkingowe obuwie;-)

Niestety mokre buty, zapadający się śnieg i deszcz przekonały mnie, że czas skrócić trasę… potem żałowałam.. ale cóż, zdarza się.

Po wyjściu z lasu, na halę, czekały na mnie piękne krokusy, zmoczone i zziębnięte, ale piękne i kolorowe. Sama hala – podmokła, trzeba było uważać by znowu się zapaść się po kostki w wodzie;-) w sumie zawsze to jakaś atrakcja;)

Co tam podmokła hala.. widoku były przepiękne. Cudne chmury.

I nagle pod krzakami zauważyłam, że ktoś siedzi pod krzakami. Patrzyliśmy na siebie. Daleko był. Chciałam mu zrobić zdjęcie. I nagle wstał, zaczął iść, a potem biec w moją stronę. Moja myśl była taka, „i co teraz?” Stałam, bo w głowie słyszałam „nie uciekaj, bo słabo biegasz”. Gdy potem wysłałam zdjęcie, dostałam w odpowiedzi podpis „i to było jej ostatnie zdjęcie”. Biegł.. biegł.. i podbiegł, powąchał, połasił się i poszedł dalej. Był piękny.. wypasiony, miał przepiękną sierść. Husky. W to wierzę;-)

I tak dotarłam do Hali Miziowej, gdzie czekało na mnie wielgachne schronisko. Dawno nie widziałam, takiego niesympatycznego molocha. Z zewnątrz nie wygląda źle, ale w środku zimo i hałaśliwie – bo chociaż w środku nie wiele osób było, to akustyka powodowała że dźwięk najcichszego dźwięku był zwielokrotniany. Na zasadzie kontrastu, w wielkim schronisku można kupić malutką porcję pomidorówkę. Aż zatęskniłam za porcją z Bacówki PTTK Krawców Wierch. Gdy już się zbierałam do wyjścia, do schroniska dotarła grupka Słowaków, którzy nocowali tak jak jak w Bacówce PTTK Krawców Wierch. Wygląda na to, że szli moimi śladami;-) ciekawe, że ani wieczorem, ani rano nie zagadaliśmy o swoje plany;-) bywa…

Droga ze Schroniska PTTK Na Hali Miziowej do Korbielowa, była ciekawa i śliska. Chwilami, bez raczków była by z górki na pazurki.

Im bliżej Korbielowa, tym piękniejsza pogoda… i żal mi się zrobiło, że zmieniłam plany. No przecież wcale nie było tak źle, a jak się szybko chodzi, to nawet nie czuć zimna od mokrych butów… Ale za późno. Trudno, wrócę na szlak i go skończę.

W drodze, do Schroniska PTTK Chata Baców – zatrzymałam się w sklepie. I nie zmieściłam się w drzwiach. Zapomniałam o tym, ze mam poroże przyczepione do plecaka… Może i dobrze, że przy wejściu zawadziłam, bo mogłabym zachować się w środku jak słoń w składzie porcelany. W sklepie powtórka z rozrywki, czyli oglądanie poroża..pan w sklepie orzekł „4-latek, ale długo musiało leżeć w lesie, mocno sczochrane”. Nie ważne, moje:) jeszcze jeden dzień będę je nosić.


W Schronisku PTTK Chata Baców pustki. Jestem jedynym gościem. Przemiła dziewczyna, ze wschodnim akcentem, wskazuje czajnik z którego mogę korzystać do woli i znika na zapleczu. Zupa już dzisiaj była;) wiec, niczego więcej nie potrzebuje. W piwnicy, gdzie znajdują się łazienki, czuć dziwny zapaszek. Obsługa zamieściła kartkę że zapach i smak wody wynika z jej zawartości, i była ona przebadana przez Sanepid i nie jest szkodliwa:) Mnie cieszy, że prysznic jest gorący i ciepłe kaloryfery:) łatwiej będzie wysuszyć buty…

Przydatne informacje: